Sekret hiszpańskiej pensjonarki

Sekret hiszpańskiej pensjonarki - Eduardo Mendoza "Zagłębiliśmy się w jedną z owych typowych ulic starej Barcelony, jakże smakowitych, które tylko brak dachu różni od kloaki, i przystanęliśmy przed sczerniałym i sypiącym się budynkiem, z którego bramy wynurzyła się jaszczurka przeżuwająca skarabeusza, miotająca się w szczękach myszy ściganej przez kota". Ten smakowity fragment i tak nie oddaje do końca klimatu książki ani fantastycznego języka użytego przez jej Autora, którym posługuje się narrator-główny bohater. Zarówno narrator-dziecko ulicy, jak i inni bohaterowie operują takim błahym i banalnym słownictwem, jak: priapizm, eponim, oksymoron i innymi zwrotami popkultury :-) Fabuła jest tak samo (nie)istotna jak błyskotliwie nielogiczne, ale odkrywcze spostrzeżenia narratora, w kulminacyjnych punktach akcji rzeczy dzieją się na zwolnionych, przez monologi bohaterów, obrotach. A najbardziej ucieszyły mnie wątki z labiryntem - tym architektonicznym oraz niewidzialnym i nie przez każdego zauważalnym labiryntem myśli narratora-głównego bohatera. Nie od dziś wiadomo, że życie to sen wariata, ale jeśli byłby opowiedziany w tak kwiecistym stylu, z takim poczuciem humoru (dawno się tak nie śmiałam) i dystansem do siebie i innych - to jest to piękny sen. PS: Piąta gwiazdka, paradoksalnie, za ten niedosyt, który książka pozostawia.