Good night, Dżerzi

Good night, Dżerzi - Janusz Głowacki 1. Nie trzeba czytać książki ob. Głowackiego Janusza, by wiedzieć jakiego rodzaju imperialistyczne brednie są tam zawarte. Autor, sprytnie kamuflujący się dysydent, miast opisywać nieustanny wysiłek polskiego robotnika w dążeniu do budowy socjalistycznego raju, zajmuje się wynaturzonym pisarzyną Kosińskim, który z charakterystyczną dla kapitalizmu obrzydliwością przelał na papier swoje obrzydliwe perwersje w miernej książczynie „Malowany ptak”. Dzięki przenikliwemu dalekosiężnemu spojrzeniu naszych władz, w trosce o dbałość psychiczną obywateli i zdrowe morale ich dziatek, książka nie ukazała się w naszej socjalistycznej ojczyźnie. Dlatego też czytelnik, zmęczony pracą w fabryce, nie musi być narażony we własnym domu na obsceniczne obrazy i sceny umieszczone w książce, którą bez kozery można nazwać śmiało antypolską. Ukazani w niej polscy chłopi, sól naszej ziemi i nasz największy skarb, przedstawieni są kłamliwie jako zwyrodnialcy, zboczeńcy i wrogowie Żydów. Wystarczy nadmienić, że Kosiński, jak przystało na skrytego Syjonistę, będąc obecnie na służbie imperialistycznych wrogich sił, szkaluje nasze dobre imię. Głowacki J., pisarz o nieustalonych poglądach, próbuje na jego ramionach podlizać się swą książką wrogim siłom. Będziemy bacznie obserwować jego poczynania, a tymczasem, jako zgodny, jednomyślny i budujący przyszłość świata naród socjalistyczny mówimy jego reakcyjnym bredniom zawartym w tej książce zdecydowane 3 X NIE! [1968] 2. Książka Głowackiego to dziecko naszych czasów. Neurotyczna, przegadana, chaotyczna i nie zmierzająca do żadnej puenty. Przypomina lekko podintelektualizowany talk-show – nieustannie ktoś coś w niej opowiada, wylewając na nas bez pytania kubeł pomyj swojej intymności lub opowiadając jakieś anegdoty. Głowacki zaczyna świetną sceną dramatu o życiu Kosińskiego by potem osunąć się w banał popkulturowych small-talks (gadek-szmatek). Sztuka zamienia się w popkulturę, która połyka coś, wynosi na piedestał, potem degraduje a na końcu – i to jest może najsmutniejsze w historii Kosińskiego – zapomina. Doskonała jest tu scena pytania w księgarni o monografię Kosińskiego – pracownik największej księgarni w Nowym Jorku (bądź co bądź – centrum kulturalnego świata, a zwłaszcza świata Kosińskiego) nigdy o nim nie słyszał. Autor wydaje się zazdrościć Kosińskiemu statusu, który osiągnął w najlepszym okresie swojego publicznego życia. Jednocześnie – świadomie lub nie – wskazuje kilka analogii do życia Kosińskiego we własnym. Można by teoretyzować, co miał na myśli i jaki jest tego cel, ale jedno można stwierdzić z pewnością – w sposób zamierzony lub nie – przybliżył się do literackiego stylu swojego bohatera. Książka rozpada się na szereg bezwładnie porozrzucanych, niedookreślonych i zróżnicowanych epizodów. Gubimy się w labiryncie wątków, osób, miejsca i czasu, co może i dobrze oddaje obraz życia Kosińskiego. W rezultacie staje się nieistotne kto, co, gdzie, z kim i jak, co jest realne a co nie. Marzymy tylko, by to wszystko już się skończyło i – dzięki temu – możemy choć przez chwilę dotknąć zmęczenia życiem Kosińskiego. Może mój problem w ocenie tej książki bierze się stąd, że wcześniej przeczytałam „Czarnego ptasiora” J. Siedleckiej i „Jerzy Kosiński – biografia” Jamesa Parka Sloana i nic, o czym pisze Głowacki mnie nie zaskoczyło. Kosiński wg Siedleckiej to zakłamany, niewdzięczny pozer i snob, wg Sloana – człowiek skomplikowany, zagubiony i nie umiejący poradzić sobie sobą, natomiast Kosiński Głowackiego to zwykły głupek i cham, który, nie wiadomo dlaczego albo właśnie dlatego, zdobył taką sławę. I może to uproszczenie budzi moje największe zastrzeżenia w parze z zgubieniem jego postaci w natłoku ludzi i wątków w książce. Spodziewałam się bardziej pogłębionego spojrzenia na tę postać, bo przecież Głowacki znał Kosińskiego. Niestety, w książce nie dało się tego odczuć. Na koniec warto zaznaczyć, że autor nazywający Kosińskiego „mistyfikatorem” sam umiejętnie mami nas wrażeniem, że napisał powieść. W rzeczywistości jest to postmodernistyczna książka –worek mieszcząca opowiadania, anegdoty, aforyzmy, fragmenty dramatu, scenariusza filmowego, reminiscencji, felietonu, recenzji, reportażu i pamiętników, a najbardziej jest to ukryta autobiografia. Doskonały kamuflaż, mistrzu Głowacki. [2010] 3. Książka pana Głowackiego przypomina dawno zapomnianego pisarza Jerzego Kosińskiego. Uważany w swoich czasach za pisarza kontrowersyjnego, ze względu m. in. na opisy brutalnego i „perwersyjnego” (wtedy!) seksu, które dziś stanowiłyby fragment zwykłej rozmowy przeciętnych ośmiolatków, pisarz Kosiński swoim życiem przestrzega nas przed kilkoma błędami. Nie zawadzi przy okazji wyjaśnić kilku istotnych anachronizmów. „Pisarzem” nazywano w dawnych czasach osobę, którą obecnie nazywamy „redaktorem”. Nie od dziś wiadomo, że pisać umie każdy, natomiast ugładzić tekst i wydać go tak, by się sprzedał – to dopiero prawdziwa sztuka. W czasach, o których mowa, powszechne było pisanie książek przed pojedyncze osoby, nazywane pisarzami i zaliczane do artystów. Dziś nikt nie nazwałby artystą pisarza – zwykłego wyrobnika, rzemieślnika wykonującego swoją pracę pod kierunkiem natchnionego redaktora – artysty. Umiejętność dobrania przez redaktora odpowiednio piszących pisarzy, natchnięcie ich wizją i umiejętne redagowanie ich słów tak, by stworzyły jednorodną stylistycznie książkę – to jest magia nazywana przez nas dziś sztuką. Wracając do powieści Głowackiego: w tak lubianym przez nas stylu epizodycznym, nie wymagającym skupienia i analizy akcji, daje nam wykładnię, czego powinniśmy się wystrzegać jako redaktorzy. Błąd Kosińskiego polegał na niepotrzebnym ukrywaniu piszących dla niego osób. Stąd powstały zrozumiałe kontrowersje, gdy osoby te zaczęły się domagać uznania swojego wkładu pracy – wiadomo, nikt obecnie (jak i wtedy) nie może sobie pozwolić na dziury w CV tudzież brak niezbędnych zaświadczeń do przyznania świadczeń zdrowotnych. Zaniedbał też w ten sposób możliwość zdobycia uznania jako doskonały redaktor prowadzący, co z obecnego punktu widzenia wydaje się aktem sabotażu własnej kariery literackiej. Największym zaś błędem Kosińskiego, nakreślonym doskonale przez Głowackiego, wydaje się być niedopracowany wizerunek, co może być zrozumiałe w kontekście faktu, że tworzył go sam, bez odpowiednio wykwalifikowanych specjalistów. Nie dziwi zatem fakt, że jego nazwisko jest dziś nikomu nieznane. Podstawą nowoczesnego wizerunku jest – jak wiemy – różnorodność i możliwość wybrania sobie, kim w danej chwili chcemy być. Dziwi nas zatem upór, z jakim Kosiński bronił swoich najwcześniejszych wersji siebie. Jak się to skończyło – wszyscy wiemy. Oto skutki konserwatywnego przywiązania do spójności osobowej. Wyciągnijcie z tego wnioski, bracia. Z pozdrowieniami od naszej Wielkiej Matki AutoWizji wasz MegaBrat [2052]