Mała książka o miłości

Mała książka o miłości - Pernilla Stalfelt Dno, obciach i żenada. Najgorsza książka dla dzieci wszech czasów (razem z pewnymi "Wyliczankami"). Poprzednie książki tej autorki jakoś zniosłam, tutaj już nie dałam rady. Stereotypowa, wtórna, mało odkrywcza i bardzo dewaluująca kwestię miłości. Rysunki tak samo żenujące jak tekst, zarówno w warstwie estetycznej jak i technicznej, fuj! Aż żałowałam, że nie można w recenzji zamieszczać skanów. W zasadzie powinnam przytoczyć cały tekst książki, ale może kilka przykładów: "Ale miłość może być też potrzebna. Miłość czasem może być dość męcząca i nudna". "Zakochani i znoszą jajka". Z książki można wywnioskować, że: - najlepiej kochać konie, bo nas nie wyśmieją, - miłość kosztuje, bo trzeba jeść dużo mięsa (60 zł za kg!), - Amor to stary pedofil (tak go namalowała autorka, mimo że sama obok pisze, że "wygląda jak dzidziuś"), - miłość jest czerwona i różowa, - miłość istnieje we wszystkich językach, - gdy chce się, żeby ktoś się zakochał trzeba mu dać napój m.in. z krwią nietoperza (autorka pisze: możesz zamiast tego użyć soi). Stek bzdur. Az dziw, że wydało to wydawnictwo Czarna Owca niegdyś Jacek Santorski i Spółka. Czy książkę oglądnął jakiś psycholog dziecięcy? PS Dla porównania polecam polską "Bajkę o kochaniu" - rewelacyjna treściowo, edycyjnie i graficznie.